Rzecz o gitarze – czyli co było w pudełku „do wyrzucenia” i dlaczego warto tam zaglądać.

takamine

Hej

To był niesamowity tydzień. Dawno nie czułem tak wielkich emocji jak w ostatni weekend. Okazało się, że czas poświęcony na rozmowy ze sobą pozwala na odkrycie i przypomnienie sobie dawno odłożonych na półkę marzeń i umożliwia ich spełnienie. Najważniejsza dla mnie lekcja z minionego tygodnia to fakt, że jeżeli kiedyś odłożyliśmy niespełnione marzenie do kartonu z napisem „do wyrzucenia” nie oznacza, że zostanie tam ono na zawsze i że na pewno powinniśmy je wyrzucić. Mało tego – powinniśmy tam od czasu do czasu zajrzeć i te marzenia przejrzeć. To wszystko co czułem w trakcie realizacji jednego z takich marzeń pokazało mi jeszcze dobitniej dlaczego powinienem poświęcać dużo czasu na zabawę z marzeniami. Ale do rzeczy.

Pamiętacie zapewne o tym, że w tym tygodniu miałem jechać na koncert Kamila Bednarka, który odbywa się bardzo niedaleko miejscowości w której mieszkam. Otóż koncert sobie odpuściłem z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że bardzo chciałem pojawić się na tym koncercie z moim synem, który lubi piosenki Kamila ale na ten moment on nie poczuł się gotowy na taka imprezę. (spokojnie poczekam – obejrzenie pierwszy raz Bednarka na żywo z synem będzie mi smakowało o niebo lepiej niż samemu) Drugi natomiast jest dużo ważniejszy. Kasę którą miałem przeznaczyć na bilet przeznaczyłem na spełnienie części innego marzenia, które wyłoniło się ze wspomnianego już pudełka z napisem „do wyrzucenia” Znacie numer „cisza” Kamila? Jeżeli nie to polecam gorąco – jest niesamowity. Uwielbiam siadać z gitarą i grać tę piosenkę. Tylko że było zawsze jedno małe ale. Moja gitara – prezent kupiony przez mojego nieżyjącego już Tatę – ma ponad 30 lat. Jest to gitara, która w tamtym momencie jako jedna z niewielu była w możliwościach finansowych moich rodziców więc instrument dość ciężki do okiełznania. Pamiętam jak dzisiaj moment, gdy pierwszy raz siadałem do nauki grania na niej i po kilku naciśnięciach strun przerywałem bo było niesamowicie ciężko. Po kilku dniach walki i pokrwawionych palców poddałem się i gitara wylądowała na ścianie jako dekoracja a ja musiałem dać palcom wyzdrowieć. Stan ten trwał około trzech, czterech lat, do mojego wyjazdu do Warszawy gdy byłem w ósmej klasie podstawówki. Tam zobaczyłem ludzi siedzących na ulicach i grających na gitarach – tam również zobaczyłem że jest coś takiego jak struny nylonowe – żyłki. Kupiłem komplet oraz śpiewnik rockowy z żółtą okładką i moja gitara odżyła. Od tamtego czasu grałem na niej kiedy tylko mogłem. Szybko okazało się, zgodnie z przewidywaniami mojego Taty, że to moja pasja. Co prawda brzmienie pozostawiało wiele do życzenia ale dla mnie to było nieważne. Tak jak nadal mocno obolałe palce 🙂 . Był nawet epizod z kapelą, który zakończył się dość szybko z powodu zabrania perkusisty przez wojsko. Później nawet ułożyłem o tym zdarzeniu  piosenkę 🙂

Związek z gitarą osłabił się już na studiach – gdzie było trochę więcej innych zadań – między innymi zarabianie na studia – i mniej miejsca i czasu na granie. I chociaż stan moich palców pozwolił już na wymianę strun na metalowe i gitara brzmiała lepiej niż z plastikami to używana była sporadycznie przy rodzinnych imprezach ewentualnie młodzieżowych ogniskach. Od czasu do czasu wyciągałem ją przy okazji wieczorów spędzanych z ówczesną dziewczyną a teraźniejszą żoną. To właśnie ona wielokrotnie powtarzała mi przy tego typu wieczorach, żebym kupił sobie gitarę taką „prawdziwą, porządną” na co ja niezmiennie odpowiadałem, że nie ma sensu bo szkoda kasy na coś, na co i tak nie będę miał czasu. Za każdym razem gdy to mówiłem nieświadomie zduszałem marzenie dziesięciolatka o graniu na gitarze i marzenie kilkunastolatka o porządnym sprzęcie. Zdusiłem je na tyle skutecznie, że wylądowało w pudełku „do wyrzucenia” a moja „ojcowska” gitara bardzo rzadko miała okazję do wydania z siebie kilku akompaniamentów.  Jeszcze od czasu do czasu na wyjazdowych imprezach gdzie znajdował się ktoś z gitarą pozwalałem sobie na zabawianie towarzystwa moją grą – ewentualnie pożyczałem na dwa trzy dni sprzęt od kogoś, kto miał gitarę na której grało się trochę lżej niż na mojej i grałem przez wieczór wmawiając sobie, że takie coś mi wystarczy od czasu do czasu.

Teraz po tym momencie gdy zadzwoniłem do Domu Kultury by zapytać o bilet na Kamila i usłyszałem, że jeszcze są, odłożyłem telefon i siadłem do mojego starego pudła pojawił mi się obraz. Zobaczyłem jak gram początek „ciszy” na nowej, cudownie brzmiącej, wygodnej i delikatnej gitarze. Zobaczyłem obraz jak gram inne ulubione melodie. Jak chłonę tę muzykę. Doszło do mnie, że to nie oglądanie muzyków na scenie, nie słuchanie ich tylko tworzenie muzyki, granie, wydobywanie dźwięków jest moim marzeniem. Przypomniałem sobie te wszystkie wieczory kiedy siadałem z moim poczciwym starym pudłem i próbowałem grać – odkładając po trzech utworach gitarę z powodu piekącego bólu palców. Przypomniałem sobie te momenty kiedy sam wmawiałem sobie, że i tak nie będę miał czasu na granie. Kiedy świadomie omijałem sklepy muzyczne lub strony o gitarach. I coś we mnie pękło. Pojawiła się myśl – że przecież zawsze tego chciałem. Potem było już z górki. Zorganizowanie czasu na wizytę w sklepie i utwierdzenie się w przekonaniu, że dobra gitara pozwoli mi wyczarowywać muzykę tak jak zawsze tego chciałem. Rozmowa z żoną na ten temat i jej zdanie „przecież tyle razy Ci to mówiłam” . Dwie noce na słuchaniu testów gitar i upewnianiu się czy aby na pewno. I w końcu podróż w celu zakupu.

gitarra

Jechałem niecałą godzinę do sklepu a w głowie miałem podróż sprzed 30 lat, jak z Tatą jechałem motorowerem po tę pierwszą gitarę. Czułem to samo co wtedy tylko sto razy bardziej. Widziałem obrazy jak uczy mnie gry, jak cierpliwie tłumaczy i jak pozwala mi odpuścić sobie teorię na rzecz mojego upartego poznawania gitary na swój młodzieńczo zbuntowany rockowy sposób. Do tej pory nie umiem korzystać z nut. Widziałem również ten moment w Warszawie i decyzję powrotu do grania. Widziałem wspólne granie z siostrą czy późniejsze z bratem, próby kapeli, granie przy ogniskach, mini koncerty dla znajomych i rodziny i te wszystkie wieczory muzyczne z żoną. Nie przypuszczałem, że ten moment przyniesie tak dużo wspomnień. Nie przypuszczałem też, że dorosły facet jadąc spełnić swoje marzenie może płakać.  A jednak…

Kochani – życzę Wam tak silnych i radosnych emocji przy spełnianiu Waszych marzeń jakie ja dostałem. Gitara jest już w domu. Przeżyłem pierwsze nocne granie. Radość z wyciągnięcia tego marzenia z pudełka „do wyrzucenia” jest tak wielka, że nie czuję odrobiny żalu dlaczego dopiero teraz, czuję za to wdzięczność, że w ogóle do tego doszło, że przypomniałem sobie co zawsze chciałem robić, że zostało mi jeszcze mnóstwo godzin grania, uczenia się, poznawania muzyki, dawania muzycznych radości żonie, dzieciakom, znajomym – ale przede wszystkim sobie. Przepraszam za tę dawkę nostalgii ale chciałem się tym co czuję z Wami podzielić – w końcu to strona o tym jak spełniać marzenia – i to takie historie powinny tu być na pierwszym miejscu. Sięgnijcie po Wasze pudełka z marzeniami  z napisem „do wyrzucenia”, zobaczcie czy na pewno wszystko co tam schowaliście powinno być wyrzucone i jeżeli znajdziecie takie, które chcecie spełnić – zróbcie to. Warto. Gwarantuję moc emocji. Jeżeli chcecie się podzielić swoimi emocjami, które czuliście przy spełnianiu marzeń – zapraszam do kontaktu. Im więcej ludzi będzie spełniać swoje marzenia tym lepiej 🙂 .

Pozdrawiam marzyciel.

 

Pokaż znajomym jak spełniać marzenia. Udostępnij post i polub nas na FB

4 myśli na temat “Rzecz o gitarze – czyli co było w pudełku „do wyrzucenia” i dlaczego warto tam zaglądać.”

  1. A może faktycznie będę rozmawiać z rodzicami o zajęciach muzycznych 😉 na pewno warto 😊

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *