Co zrobić gdy nie wychodzi za pierwszym razem – opowieść o morskiej przygodzie.

zachod-17

Hej 🙂

Często, gdy rozmawiam ze znajomymi, którzy wiedzą o mojej naturze marzyciela słyszę od nich, że mi jest łatwiej bo wiele rzeczy mi się od razu udaje. Faktem jest, że są marzenia, które udało mi się spełnić za pierwszym podejściem a niektóre nawet przy okazji 🙂 . Jest jednak wiele marzeń, które spełniałem przy którymś z kolei podejściu. Są również takie, które próbowałem spełnić ale do tej pory mi się nie udało. Jeżeli i u Was są takie marzenia, które są oporne na spełnienie pomimo Waszych starań, a chcecie je spełnić, to ten artykuł jest dla Was. Opowiem Wam o morskiej podróży, którą wpisałem sobie kilka lat temu na listę marzeń i udało mi się ją spełnić i to dwukrotnie – choć nie bez przygód.

Pamiętam jak dzisiaj sytuację sprzed ponad dwudziestu lat, kiedy miałem okazję płynąć kilka razy do Szwecji i z powrotem promem. Była to długa dziewięciogodzinna podróż, najczęściej nocą, obfitująca w rozrywki, które oferował prom 🙂 . W tamtym czasie akurat to absorbowało moją uwagę. Zdarzyła się jednak pewnego razu podróż w dzień. Wtedy ujrzałem całą moc morza, bezkresną przestrzeń, brak ziemi na horyzoncie. Poczułem się wtedy taki bardzo mały, ale bardzo spodobała mi się możliwość poznania tego uczucia. W pewnym momencie było nawet trochę niebezpiecznie, ponieważ warunki nie były zbyt przyjazne i mocno nami bujało. A prom pływający do Szwecji to była ogromna maszyna i bujało nieprzeciętnie. Te podróże zdarzyły mi się przypadkiem i nie były moim marzeniem – ot znalazłem się we właściwym miejscu, we właściwym czasie i ktoś dzięki temu mógł korzystać na tym, że z nim jechałem jako pasażer. Zdarzenia te jednak miały wpływ na zapisanie na mojej liście marzeń wyprawy w morze na połów dorszy.

Uprzedzając pytania – nie jestem zapalonym wędkarzem, choć miałem wielokrotnie okazję łowić ryby w naszych lubuskich i wielkopolskich jeziorach jako dzieciak i jako młody facet. Zdecydowanie polecam wędkowanie osobom chcącym się wyciszyć i pobyć sam na sam ze sobą. Nie stało się to jednak moją pasją, którą rozwijałbym coraz bardziej z każdym rokiem. Słyszałem jednak opowieści znajomych, którzy mieli okazję łowić dorsze na morzu. Mam również znajomego, który organizuje takie łowy i dysponuje bajecznym sprzętem w postaci dużej i wygodnej motorówki. Zrobiłem szybkie podsumowanie faktów, czy podliczyłem środki potrzebne na organizację wyprawy, zdobyłem wiedzę na temat tego co będzie mi potrzebne, jak się przygotować i zakreśliłem czas do kiedy chcę to marzenie zrealizować.

Sprawa wydawała się prosta na tyle, że postanowiłem zorganizować wyjazd w większym gronie. W ramach poznawania relacji z połowów (chwała temu, kto wymyślił internet) byłem coraz bardziej podekscytowany zbliżającą się przygodą. Tak jak i mój brat, dwóch szwagrów, szwagier mojej żony, jego syn, mąż kuzynki i kuzyn mojego szwagra 🙂 . Zrobiła się niezła ekipa. Motorówka mojego znajomego może zabrać na pokład 10 łowiących osób, można było się więc pomieścić. Zrobiliśmy listę potrzebnych rzeczy, poczyniliśmy niewielkie zakupy (chodziło głównie o pilkery) i ustaliliśmy pasujący wszystkim termin. Uwierzcie mi, że to nie było łatwe zadanie, ale się udało. W miarę jak zbliżał się termin dostawaliśmy niepokojące sygnały o psującej się pogodzie. Niestety jest tak, że pogoda ma niebagatelny wpływ na to czy wyprawa ma szansę się odbyć. Na tydzień przed wyprawą okazało się, że niestety do wyprawy nie dojdzie.

Byłem delikatnie poddenerwowany tym faktem, ale co mogłem zrobić? Pokrzyczeć na wiatr i ciśnienie atmosferyczne, że zepsuły mi szansę na wyprawę? Poddać się i zrezygnować bo nie udało się pierwszy raz? Oczywiście, że nie. Trzeba było zgrać następny termin. Niestety z ekipy wykruszyło się sporo osób i okazało się, że na kolejną wyprawę miałem pojechać ja z bratem szwagier i jego kuzyn. Cała reszta odpuściła. Pozostało nam czekać. Termin, który dla wszystkich był możliwy to kolejne dwa czy trzy miesiące. Lista z rzeczami do zabrania ta sama, więc można było nie wypakowywać torby 🙂 . Jeszcze na dzień przed wyprawą dopisywały nam humory i co niektórzy na FB wystawili już informacje – witaj przygodo. Godzina 15.00 dostaję telefon od Krzysztofa (właściciel łodzi), że zapowiadają 6 w skali Beauforta i nie możemy wypływać.

Wyobrażacie sobie tę sytuację? Już był w ogródku, już witał się z gąską… Zadzwoniłem do współtowarzyszy przygody, która znowu odsunęła się na bliżej nieokreślony termin i usłyszałem, że mam do nich w tejże sprawie już nie dzwonić i że odpuszczają sobie łowienie dorszy na morzu, a rybę zakupią sobie w sklepie rybnym. Te dwie sytuacje spowodowały, że jeszcze bardziej chciałem pojechać na wyprawę i postanowiłem, że zrobię to tak czy siak sam. Nieważne ile razy będę miał nagrany termin i ile razy Posejdon postanowi popsuć mi plany i tak zrealizuję swój plan i spełnię swoje marzenie. Lista przygotowana, torba czeka, i mniej więcej pod koniec września dostaję telefon od Krzyśka. Jest jedno miejsce na niedzielę. Szybka decyzja – jadę. Pogoda nie zdążyła się zepsuć, zabrałem co trzeba i powiedziałem sobie – przygodo przybywaj.

Wyjechałem około 18.00 – nockę spędziłem na motorówce a rano o 5.00 wyruszyliśmy w morze. Było dość chłodno, wiało, bujało ale było świetnie. Po pierwsze adrenalina buzowała w żyłach – bo jest to świetna przygoda. Zmierzenie się z naturą, z siłą morza, z własnymi słabościami, zdobywanie własnoręcznie pokarmu jaki daje nam natura (ryby, które spełniają określone warunki w odpowiedniej ilości można zabrać ze sobą) powodują, że jest to niezapomniane przeżycie. Nawet fakt, że dowiedziałem się czym jest choroba morska nie był w stanie popsuć mi radości z przeżywania tego co się działo przez te osiem – dziewięć godzin na morzu. Do domu wróciłem z zapasem świeżutkiego dorsza – nie muszę Wam chyba mówić, że taka ryba smakuje o wiele bardziej niż kupiona w sklepie 🙂 . Najbardziej smakowała mi myśl w trakcie przygody, że jest to coś co zapisałem na liście marzeń, co wyobrażałem sobie jak będzie wyglądać, co wymagało przegryzienia pierwszych nieudanych prób i co się dzieje z tego powodu, że sobie to kiedyś wymyśliłem.

Drodzy marzyciele – jeżeli próbujecie spełniać swoje marzenie i Wam się nie udaje, nie rezygnujcie z niego. Jeżeli czujecie, że jest to coś co bardzo chcecie przeżyć – nie rezygnujcie tylko dlatego, że jest wiatr, że ktoś się nie zgodził, że zabrakło Wam jednego punktu, że nie zdążyliście nazbierać na to kasy, że wypadło Wam w tym czasie coś ważniejszego nie cierpiącego zwłoki. Jeżeli chcecie spełnić swoje marzenie to po nieudanej próbie popatrzcie do tyłu jakie błędy zostały popełnione, wyeliminujcie je i postawcie sobie nowy cel. Dozbierajcie funduszy, douczcie się, zbierzcie nowe informacje, poszukajcie alternatyw, kontaktów. Nie rezygnujcie ze spełnienia tego marzenia. No chyba, że poczujecie, że to nie jest jednak Wasze marzenie (o tym pisałem tutaj). Zasługujecie na to, by dawać sobie coś co przyniesie Wam niesamowitą radochę – a uwierzcie mi, świadome smakowanie momentu spełniania marzenia to jest jedno z najlepszych uczuć jakie dane było mi na tym świecie poczuć. W końcu życie jest po to by robić fajowe rzeczy.

Teraz garść szczegółów. Koszt wyprawy w morze 200 pln za osobę. Dojazd wiadomo – w zależności od miejsca w którym mieszkacie. Możliwość noclegu na miejscu w Darłowie 30 pln za osobę. Pilker około 12 – 16 pln. Dobrze jest mieć dwa ze sobą w razie gdyby któryś się urwał. Sprzęt wędkarski zapewnia organizator. Jedzenie i picie we własnym zakresie – to jest morze, nie ma tam restauracji i najlepiej sprawdzają się suche kanapki :-). Jeżeli ktoś ma ochotę spróbować męskiej przygody (choć wiem też, że są kobiety, które szaleją na otwartym morzu i łowią lepiej niż mężczyźni) to podaję numer do Krzyśka 662941072. To nie jest wpis sponsorowany 🙂 .Dajcie mu znak, że dostaliście cynk od marzyciela, pewnie będzie zdziwiony tym, że ktoś opisał przygodę, której jest współtwórcą.

Czy próbowałem ponownie wybrać się na dorsze? Tak. Pojechałem ze szwagrem, choroba morska znowu mnie przetargała ale pomimo to uważam wyjazd za bardzo udany i poluję na kolejny termin 🙂 .

Z tego artykułu w kwestii spełniania własnych marzeń tak naprawdę najważniejsze jest jedno zdanie, które w 1941 roku wygłosił w przemówieniu Winston Churchil. Brzmi ono: „Nigdy się nie poddawaj, nigdy, nigdy, nigdy….”

Pozdrawiam serdecznie – marzyciel

Pokaż znajomym jak spełniać marzenia. Udostępnij post i polub nas na FB

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *